poniedziałek, 6 listopada 2017

Matcha ciacho


Kolejne podejście do matcha ciacha, które za każdym razem robię nieco inaczej. Była już matcha babka oraz matcha ciacho z suihanki. Tym razem czas na najszybsze zielone ciacho świata, które powstało z podglądnięcia kilku przepisów, zajrzenia do szafki w kuchni i totalnej improwizacji! Mały i udany spontan. :)


Co potrzebujemy:

250g mąki tortowej
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1/4 łyżeczki soli
pół szklanki cukru
200ml mleka kokosowego
80ml oliwy
100g jogurtu naturalnego 
2 łyżki matcha
1 jajko
wiórki kokosowe

Co robimy:

Łączymy wszystkie suche składniki i mieszamy. Następnie dodajemy mleko kokosowe, oliwę i jajko - ponownie mieszamy. Wyrobione ciasto przelewamy do formy keksówki, a wierch posypujemy wiórkami kokosowymi. I do pieca. Pieczemy w temperaturze 180 stopni C około 25 minut. I gotowe!


Ciacho wyszło lekkie puszyste i całkiem matcha. Kolor na początku był obłędny, potem jednak ciacho zaczęło stygnąć, a tym samym i kolor stał się mniej intensywny. Jedyny problem z tym matcha ciachem był taki, że rozeszło się w oka mgnieniu. Będę powtarzać. :)

poniedziałek, 30 października 2017

Etykieta japońska, czyli kłaniać się, czy się nie kłaniać, oto jest pytanie.


Są takie książki, które stanowić powinny bazę, dla każdej osoby stawiającej swoje pierwsze kroki w poznawaniu Japonii i chcącej zagłębić się w jej kulturę, a nie tylko poznawać ją powierzchownie. Moim zdaniem warto nie tylko wiedzieć, że coś się dzieje, ale również dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej. Bez kontekstu trudno o zrozumienie międzykulturowe, szczególnie, gdy do czynienia mamy z kulturą wysoko kontekstową, jaką jest również ta japońska.

"Aby naprawdę poznać Japonię i możliwie najlepiej wykorzystać czas spędzony w tym kraju, musimy się udać do zatłoczonych restauracji, centrów rozrywki oraz galerii handlowych i zacząć >>podglądać<< odwiedzających je ludzi. Tylko w taki sposób - obserwując strumień Japończyków przelewający się obok nas - zrozumiemy, jacy oni naprawdę są." 

Mimo że nie do końca zgadzam się z powyższymi słowami, nie mogę odrzucić zalet tzw. obserwacji nieuczestniczącej, chociaż wolę obserwować uczestnicząc, a na miejsce akcji wybrałabym raczej świątynię lub ogród. To jednak moje prywatne preferencje. :) Obserwacja to jedna z metod uczenia się, a więc obserwując możemy nauczyć się niektórych zasad etykiety. Jednak wciąż bez kontekstu nie będziemy wiedzieli, kiedy i jak tych zasad użyć. Kiedy ukłonić się w pas, a kiedy tylko trochę? W którym momencie spotkania podać wizytówkę? Którego wyrażenia w podziękowaniu użyć? 

O Japończykach często mówiono mi, że wybaczą. W ich świadomości nadal jesteśmy barbarzyńcami, którzy i tak nigdy nie zrozumieją japońskiej kultury. Nieważne, jak będziemy się starać i jak dobrze będziemy przygotowani, nigdy nam nie wyjdzie na 100%. Nawet jeśli faktycznie tak jest i mimo wszelkich starań popełnimy jakieś faux-paus, warto próbować. Warto okazać szacunek tej kulturze i ludziom, którzy ją reprezentują nawet tak małym gestem, jak odpowiednie podanie wizytówki czy nie wycieranie nosa w miejscu publicznym. O stąpaniu po tatami w butach nie wspominam, ponieważ sama chyba uznałabym to co najmniej za oznakę braku wychowania. :)

Etykieta japońska to zebrane w całość chyba najważniejsze reguły, których powinno się przestrzegać w Japonii. Dotyczą one nie tylko zwykłego turysty, ale również osób, które zamierzają rozwijać kontakty biznesowe. Jeśli więc nie chcemy być ignorantami, koniecznie trzeba ją przeczytać i przyswoić. Oczywiście Etykieta japońska nie wyczerpuje tematu, jest wprowadzeniem i dobrą bazą do dalszych poszukiwań. To skondensowana pigułka pozwalająca nam szybko i klarownie zapoznać się z etykietą i chociaż trochę zanurzyć się w niuanse japońskiej kultury, w której nic nie jest czarne albo białe, a tradycja mocno się trzyma. I należy zawsze o tym pamiętać.

"Jeśli przyjrzeć się uważniej, okazuje się, ze cały kraj jest swoistym skansenem, w którym tradycja łączy się z nowoczesnością, umożliwiając emocjonalną, intelektualną i duchową wycieczkę w przeszłość". 

Nie do końca jednak mogę zgodzić się z wizją Japonii jako swoistego skansenu. Faktem jest, że wiele tradycji, czasami liczących sobie setki lat, jest wciąż żywych i widocznych w Japonii na co dzień. Mimo to bronię się rękami i nogami przed zamykaniem jakiekolwiek kultury w wyznaczonych sztucznie granicach i przypinania jej łatek skansenu, muzeum etc. Moim zdaniem tradycja wiecznie żywa oznacza, że mocno tkwi korzeniami w przeszłości, a jednocześnie wraz z upływem czasu dostosowuje się do otaczającej ją rzeczywistości. Bardziej lub mniej, ale na pewno nie jest skamieliną.

Troszeczkę raziły mnie niektóre słowa użyte w tłumaczeniu, np. koksownik, ziomek czy szaty yukata, ale poza tymi drobnostkami książkę czyta się bardzo dobrze, treść nie nuży, przedstawione tematy opisane są klarownie i dobrze zilustrowane. Samo wydanie jest również przyjazne czytelnikowi, a format pozwala mieć tę książkę zawsze pod ręką. Zdjęcia mogłyby być lepiej dobrane, mimo to także całkiem dobrze wpisują się w kolejne rozdziały. Na końcu książki autor zawarł dwa słowniki z przydatnymi terminami, Mimo że niektóre mogą już trącić myszką, są pożytecznym dodatkiem.

(Zdjęcie stąd)

A teraz czas na KONKURS. :)
Do wygrania 2 egzemplarze Etykiety japońskiej. Wystarczy odpowiedzieć na pytanie:

Którą z zasad japońskiej etykiety przeniósłbyś na polski grunt i dlaczego?

Odpowiadać proszę w komentarzach pod tym postem lub na FB. Dwie najciekawsze odpowiedzi nagrodzę egzemplarzem książki (wysyłka jedynie na terenie Polski). Na Wasze odpowiedzi czekam do 3 listopada do końca dnia. Zapraszam do zabawy! :)


Cyt. za: Boye Lafayette de Mente, Geoff Botting, Etykieta japońska, Kraków 2017, s.128.
Cyt. za: Boye Lafayette de Mente, Geoff Botting, Etykieta japońska, Kraków 2017, s.16.

sobota, 21 października 2017

Avant Art Festival, blisko (japońskiej) sztuki


Na tegoroczną edycję Avant Art Festival dotarłam z małym poślizgiem. Troszkę żałuję, bo ominął mnie występ japońskiej performerki Marii Jiku. Trafiłam od razu na koncert Ryo Murakamiego, którego słuchałam w całkowitym skupieniu. Artysta pojawił się cichaczem na scenie w blasku niebieskich świateł, które podczas koncertu zmieniały się w zależności od utworu. Występ przykuł bardzo moją uwagę, jednak był nieco za długi i pod koniec brakowało mi już jakieś interakcji z publiką ze strony artysty.




Nieodłącznie festiwalowi towarzyszy poza sceną muzyczną również odsłona filmowa. W repertuarze znalazły się trzy produkcje japońskie i jedna polska, FUTURE/Mirai w reżyserii Adama Buczka opowiadająca o wróżbitach. Razem z tym filmem można było również zobaczyć obraz w reżyserii Tengai Amano TWILIGHT/Towairaitsu, historia chłopca, który nie chce przyznać się do własnej śmierci opowiedziana w surrealistycznym duchu.


Pozostałe produkcje to Saudade, film przedstawiający problemy etniczne na tle hip-hopowej sceny miasta Kōfu, oraz Sad Vacation,  opowiadający o Kenji, który trudno się przemytem chińskich robotników do Japonii. Jeśli będziecie mieli okazje, polecam obejrzeć wszystkie te filmy.






A na koniec wisienka na torcie, czyli butoh! (oraz koncert Melt Banana, na który niestety nie mogłam dojechać...). Yuko Kaseki była dla mnie artystką nieznaną, do momentu jest występu na tegorocznym AAF. Butoh oglądam już od kilku lat, dozuję sobie tę trudną w odbiorze sztukę i ciesze się, że mogłam zobaczyć na żywo kolejnego artystę tego gatunku.



 


Tancerce w spektaklu Itako towarzyszył gitarzysta Kazuhisa Uchihashi, który swoją przejmująca muzyką doskonale współgrał z ruchami scenicznymi Yuko Kaseki. Artystka hipnotyzowała swoim butoh, a sama idea przedstawienia była świetnie zrealizowana - przejście od jednej postaci do drugiej, błysk brokatu, czarna peruka i schowane pod nią blond włosy artystki, mocny beat. Pop butoh, tak sama dla siebie nazwałam ten występ, niczego mu przy tym nie ujmując. Był świetny! Na co dzień Yuko Kaseki mieszka i pracuje w Berlinie. Nie omieszkam wybrać się kiedyś na jej występ i tam. :)

Tegoroczna edycja AAF, mimo że mniej japońska niż poprzednio, pozostawiła we mnie mały niedosyt, ale te wydarzenia, w których udało mi się uczestniczyć nie rozczarowały. Mam nadzieję, ze organizatorzy na stałe już wpiszą wątek butoh w kolejne edycje festiwalu. Czekam już na AAF 2018! :)

sobota, 7 października 2017

Małe wyzwanie, czyli sushi z ośmiornicą


Futomaki to chyba mój ulubiony rodzaj sushi. Nie dość, że są całkiem łatwe w przygotowaniu, to jeszcze można wrzucić do środka mnóstwo różnych składników. Jeśli robię sushi w domu, to najczęściej właśnie wybieram grube rolki*. :) Od jakiegoś czasu próbuję swoich sił w kuchni z ośmiornicą, w czym bardzo pomaga mi K. Nie miałam zbyt wielu okazji, aby ośmiornicy spróbować - miałam okazję jeść ją w formie suszonej zagryzki, sprasowanej na cienki wafel i w kulkach takoyaki (たこ焼). Musiała przyjść pora także na sushi.

* futoi (太い) oznacza po japońsku "gruby"



Co potrzebujemy:

ryż do sushi
nori
cała ośmiornica (użyłam mrożonej)
daikon (rzodkiew marynowana) 
serek Philadelphia
sałata
majonez japoński
sos sojowy
słodki sos sojowy
wasabi

Co robimy:

Należy zacząć od ośmiornicy, ponieważ jej przygotowanie zajmuje sporo czasu. W całości mrożona ośmiornica sprawdzi się równie dobrze, jak świeża. Po jej oczyszczeniu (trzeba usunąć błonkę pokrywającej ośmiornicę oraz usunąć worek czernidłowy) zagotowujemy wodę z solą w dużym garnku, do której wkładamy całą obraną cebulę. Zanim zostawimy ośmiornicę w spokoju, aby się gotowała, kilka razy zanurzamy ją w gotującej się wodzie. Gotowanie trwa około 1 godziny. Do futomaki potrzebne nam będą jedynie pokrojone w paski ramiona/macki. Ugotowana ośmiornica powinna być miękka, ale zwarta, nie gumiasta.


Kolejnym krokiem jest przygotowanie ryżu do sushi. Używam suihanki (garnka do ryżu), więc jest to bardzo szybkie i proste. Można, oczywiście, ugotować ryż w zwykłym garnku - w sieci istnieje sporo przepisów, nie do końca jestem w stanie powiedzieć, który sprawdza się najlepiej. Ważne, aby ryżu pilnować, żeby się nie przypalił. Używam gotowej zaprawy do ryżu albo robię swoją z octu ryżowego, mirinu i cukru. I rolujemy. :)

W skład futomaki weszła ośmiornica, rzodkiew, japoński majonez, serek i sałata. Ośmiornica jest delikatna w smaku stąd rzodkiew i majonez, aby nieco podkręcić całość całej rolki. Dodatkowo wasabi oraz sosy sojowe - dla mnie idealnie do tych futomaki wpasował się ten słodki.

 


W planach kolejne kuchniowe eksperymenty z ośmiornicą. Tym razem w wersji grillowanej. :)

czwartek, 14 września 2017

Matcha sernik na zimno. I wszystko jasne.


Do matcha sernika na zimno podchodziłam, jak do przysłowiowego jeża. Miałam przeświadczenie, że generalnie z sernikami jest trudno - dużo roboty, dużo czasu i pewnie mi nie wyjdzie, bo to zbyt skomplikowane. A jednak przyszedł taki dzień, że postanowiłam zmierzyć się z tym małym wyzwaniem. Z pomocą przyszedł mi ten przepis, który, jak to zwykle u mnie bywa, stanowił jedynie bazę i inspirację. Może forma jeszcze nie taka, jak mi się wyśniła, ale muszę przyznać, że smakowo-matchowo wyszedł IDEALNIE. Będzie powtórka. :)


Co potrzebujemy:

120-150g ciasteczek maślanych
30g masła
250g serka mascarpone
250g serka twarogowego do wypieków
250ml śmietanki 30%
100g cukru pudru
20g żelatyny w proszku
60ml wody
kopiasta łyżka herbaty matcha
owoce sezonowe - u mnie porzeczka czerwona i borówka

forma do pieczenia o średnicy 20cm
folia / papier do pieczenia

Co robimy:

Zaczynamy od masy na spód sernika. Miksujemy razem pokruszone ciasteczka i masło. Formę wykładamy folią lub papierem i powstałą masę równomiernie wykładamy na spód formy. Następnie wkładamy do lodówki na ok. 30 min. 

Przygotowujemy żelatynę mieszając do całkowitego rozpuszczenia na wolnym ogniu, a następnie odstawiamy do ostudzenia. Podgrzewamy śmietankę i dodajemy zieloną herbatę, mieszamy do całkowitego połączenia się śmietanki i herbaty. Dodajemy żelatynę i znowu mieszamy, aby nie było żadnych grudek. 

Miksujemy serek mascarpone, serek twarogowy i cukier puder, aby otrzymać gładką masę. Dodajemy mieszankę z herbatą matcha i ponownie miksujemy. Masę wlewamy do formy, wygładzamy. Na wierzch kładziemy wybrane owoce i wkładamy sernik do lodówki, aby stężał. Ja mój chomikowałam aż do następnego dnia. I było warto!



Smacznego!